 
„Mali uczestnicy wielkich wypraw
– czyli jak Antek z Karolem pojechali do kangurów”
Chcemy podzielić się relacjami z naszej rodzinnej wyprawy do Australii i Nowej Zelandii. Jest ona dowodem na to, że dzieci wcale nie muszą ograniczać nas w realizacji pasji podróżniczych i są ich doskonałymi uczestnikami. Tysiące kilometrów, upał, kurz, robactwo nie zrobiły większego wrażenia na Antku i Karolu. Powiemy o tym jak się do takiej wyprawy przygotowywać, jak dopasować plan wyprawy do potrzeb dzieci a także co ma do zaoferowania Australia i Nowa Zelandia najmłodszym podróżnikom.
Nasze sprawozdanie z wyjazdu do Australii i Nowj Zelandii podzielone jest na 5 relacji z poszczególnych etapów podróży. Zapraszamy do lektury.
Relacja 1 - z Perth do Broom 4000 km
Witamy z półkuli południowej!
Już miesiąc jak jesteśmy na antypodach. Był to miesiąc intensywnej nauki obowiązujących tu zwyczajów i dostosowywania się do otoczenia. Przede wszystkim różnica czasu plus 6 godzin do Polski, spodziewaliśmy się, że dzieci przejdą to bardziej boleśnie, stało się na odwrót, przestawili się w ciągu 2 dni, nam zajęło to pięć. Następnie musieliśmy zmierzyć się z jazdą pod prąd, jakoś poszło bez żadnych kolizji czy jazdy na rondzie w prawą stronę, choć bardzo mnie korciło. Niestety musieliśmy też przyzwyczaić się do obowiązujących tu cen. Pierwszy wypad do sklepu nocnego po pieczywo, masło, serek i orzeszki (żadnego alkoholu, o zakupach alkoholu później) pochłonął zawrotna kwotą 25 australijskich dolarów, czyli 75 zł. Kolejnym wyzwaniem jest język, no, bo co odpowiedzieć Australijczykowi jak powie do Ciebie "hajdun" (fonetycznie tak mniej więcej to brzmi), więc na początku pozostawał głupi uśmiech i standardowe hello. Powoli zaczęliśmy rozpoznawać obowiązujące tu powitania, ale i tak cały czas mamy problemy z porozumiewaniem się z tubylcami. Oczywiście rozmowy telefoniczne były mega wyzwaniem. Kwestie zakupu karty telefonicznej i modemu internetowego poszły dość gładko, mimo iż soft na modemie usb nie chciał współpracować z polską wersją windows vista, ale miejscowi pomogli i działa. Zakupy były też nie lada wyzwaniem, bo żadnych znajomych produktów tu się nie uświadczy. Ceny są kosmiczne 2, 3 razy wyższe niż w kraju, oczywiście nie na wszystkie produkty, poza tym po nabraniu pewnej wprawy można korzystać z dziesiątek różnego rodzaju promocji 3 w cenie dwóch, kup sześć szt. za pół ceny itp., dodatkowo wszystkie supermarkety dają jednorazowe karty rabatowe do stacji benzynowych. Reasumując po nauczeniu się tych wszystkich kruczków dochodzimy do poziomu kraj plus 50%. Zakup alkoholu to kolejne wyzwanie, bo w normalnym supermarkecie brak i co tu począć. Gdzieś za rogiem w samym końcu centrum handlowego czai się bottle shop, czyli monopolowy. I tu znowu lekkie zdziwko, bo 3/4 wyborowej, która jest tu jedną z tańszych wódek kosztuje 40 australijskich dolarów, czyli prawie 120 zł, dobre lokalne piwko 0,4 litra to wydatek 6 złotych, za to winko można taniej jak się kupi 6 lub kartonik 4-5 litrów. Doskonałym wynalazkiem są tu natomiast, drive trough bottle shop, czyli wjeżdżamy do monopolowego samochodem i tankujemy. Z tematami aprowizacji już sobie radzimy.
Kolejnym ciekawym przeżyciem był kontakt z australijskim urzędem, w ciągu 15 minut zostaliśmy zarejestrowani w bazie posiadaczy środków transportu Western Australia i staliśmy się prawowitymi właścicielami dwóch pojazdów: ciągnika marki Toyota Hilux i przyczepy bagażowej, która stała się naszym domem na najbliższe 3 miesiące. Urzędnik uśmiechał się cały czas życzliwie i powtarzał co chwila "no worries", po prostu bajka aż się nie chciało stamtąd wychodzić a wręcz przychodziły myśli może by jeszcze coś tu załatwić. Trzeba naszych wysłać na szkolenie, hi, hi.
Po załatwieniu spraw organizacyjnych ruszyliśmy w drogę. Jak tu jest nudno na drodze! Ruch sporadyczny, droga prosta, równa, co prawda tylko dwa pasy, ale, po co więcej dla 3 samochodów na godzinę. Nasz sprzęt wyciąga w porywach 100 na godzinę, więc kilometry ciągną się bez końca. Co jakiś czas z przeciwka przemknie monstrum w postaci ogromnego ciągnika siodłowego z 3 lub 4 przyczepami, trzeba trzymać mocno kierownicę, bo zdmuchuje na pobocze. Krajobrazy zmieniają się raz na 2000 kilometrów, czyli jak się wjedzie w pustą, czerwoną prerię porośniętą gdzie niegdzie rachitycznymi krzakami to jest tak przez jakieś 2-3 dni jazdy. Za to po zmierzchu zaczyna być wesoło na drodze, łażą krowy, całymi stadami, jakaś dziwna nocna odmiana, bo u nas krowa w nocy to chyba śpi, kangury skaczą jak szalone i nigdy nie wiadomo czy przeleci ich przez drogę dwa, trzy czy pięć, trzeba naprawdę uważać i dlatego po zmroku nikt tu nie jeździ, mimo tego, iż prawie każdy australijski samochód ma zainstalowane potężne halogeny. Jechaliśmy dwukrotnie po zmroku i raz na odcinku 200 km minęliśmy jeden samochód, który dopiero, co potrącił kangura, drugi raz zatrzymałem się, aby wyregulować światła i jadący z przeciwka samochód od razu się zatrzymał, żeby sprawdzić czy coś się nie stało.
Chyba muszę zacząć się trochę streszczać, bo nikt nie będzie czytał kilku stron opowieści o życiu do góry nogami.
To na koniec kilka słów o trasie i tym, co do tej pory zobaczyliśmy. Przejechaliśmy już ponad 4000 km jadąc z Perth w zachodniej Australii wzdłuż wybrzeża oceanu w kierunku północn ym. Jak dotąd wszystkie spotkane osoby jechały w kierunku przeciwnym z wyjątkiem jednej i jak do tej pory jedynej ekipy z Polski (od Tomalika), która podąża w tym samym kierunku, my Polacy chyba tak mamy, że lubimy inaczej niż wszyscy. Ocean Indyjski zachwyca nas kolorami, ogromną falą, cudownymi piaszczystymi plażami o wielkości wędrujących wydm w Łebie. Do ciekawszych miejsc, jakie do tej pory zobaczyliśmy należał Park Narodowy Kalbarii, kaniony w skałach koloru czerwonego, niestety trafiliśmy tam na deszcz, więc zwiedzanie było mocno ograniczone. Kolejne to Park Narodowy Francis Peron, półwysep, na który można było wjechać tylko z napędem na cztery, koła, bo droga prowadziła po głębokich piachach, ale za to po 50 km trafiało się na dziewiczą, prawie białą, piaszczystą plażę otoczoną wodami w kolorze turkusowo szmaragdowym, do tego do plaży podpływały delfiny i zachęcały do wspólnej kąpieli, Park Narodowy Monkey Mia ośrodek zajmujący się ochroną i badaniem delfinów, które oczywiście bardzo zaprzyjaźniły się z badaczami i przypływają prawie na samą plażę. Ania z Antkiem nawet jednemu wręczyli rybę na lunch, wziął delikatnie z ręki. Również kilka dni spędziliśmy w Ningaloo Marine Park, znowu piękne, puste plaże blisko rafa koralowa, ale silny prąd uniemożliwił jej obejrzenie, za to na morzu wieloryby urządziły nam pokaz skoków, który obserwowaliśmy przez lornetkę z dachu samochodu przez dobre dwie godziny. Park Narodowy Karijini to niesamowite miejsce, choć musieliśmy odjechać od morza jakieś 300 km, aby się do niego dostać i powitał nas dwudniowym deszczem, za to spotkaliśmy tam rodaków.
Teraz jesteśmy znów nad oceanem i odpoczywamy w Broome, od którego zaczyna się kraina zwana Kimberley, która zgodnie z opisem z przewodników i opowieściami spotkanych po drodze podróżników ma bardzo wiele do zaoferowania. Przedwczoraj spaliśmy na pięknym polu namiotowym w rezerwacie drzew namorzynowych, podziwialiśmy zachód słońca i spadającą kometę a rano na śniadanie przyszły kangury, które chłopaki nawet pogłaskali w zamian za to zostali dokładnie obwąchani. Wyjeżdżając z rezerwatu okazało się, że jest tam zakaz kąpieli ze względu na zamieszkujące krokodyle słonowodne, które są bardzo niebezpieczne i mają dość pokaźne rozmiary do 7 metrów długości.
To są właśnie takie miejscowe smaczki, tu krokodyle, tam pająk, który zbudował sieć pod naszą przyczepą, a jego ugryzienie jest prawie śmiertelne, czy galopujące w nocy po drodze krowy czy kangury.
Jeszcze dużo przed nami, w Broome uzupełniamy zapasy żywności, paliwa, wody, usuwamy drobne usterki w aucie i ruszamy dalej, teraz już kończą się drogi asfaltowe, zaczną się tereny bardziej dzikie, osady Aborygenów i mamy nadzieję na jeszcze więcej ciekawych zwierząt.
Pozdrawiamy Was bardzo serdecznie na tą okoliczność staniemy cała czwórką na głowach abyśmy przez chwilę poczuli się jak na półkuli północnej.
AniaTomekAntekKarol
Relacja 2 - z Broom do Katherin, Gibb River Road
Nasza australijska przygoda trwa. Im bardziej na północ, im dalej od australijskiej cywilizacji przez duże C tym bardziej jesteśmy "oz”, czyli zatapiamy się w miejscowy krajobraz do tego stopnia, że lokalni zaczynają nas traktować jak swoich i chętnie się z nami zaprzyjaźniają. Odcinek trasy, który mamy za sobą zrobił na nas jak dotąd największe wrażenie pod kątem krajobrazów, kontaktu z dziką naturą, bycia daleko od cywilizacji, a także wspomnianych kontaktów z miejscową ludnością. Ale po kolei. Ostatni ślad na mapie to oceaniczne Broome, stamtąd udaliśmy się na dzikie plaże Dampier Peninsula, gdzie mieliśmy kawałek prywatnej plaży i atrakcje w postaci życia morskiego na odkrytych po odpływie skałach. Chłopaki założyli hodowlę krabów wyścigowych, które każdego wieczoru tłumnie nawiedzały nasz obóz. Trzeba było uważać jak się chodzi by na któregoś nie nadepnąć. W drugim dniu pobytu na prywatnej plaży, idyllę przerwał pożar, który zgodnie z kierunkiem wiatru nieubłaganie zbliżał się do nas. Kiedy języki ognia były już wyraźnie widzialne zarządziliśmy pakowanie obozu i przygotowanie do ewakuacji na plażę. Miejscowe służby z wrodzonym sobie luzem przyjechały zwizytować pożar i stwierdziły, skoro się zapaliło samo to i pewnie samo zgaśnie. Tak się rzeczywiście stało i obyło się bez ewakuacji obozu. Za to następnego dnia wszystkie muchy z całej okolicy przyleciały, aby zajrzeć nam do uszu, wejść do nosa albo do ust i wtedy po raz pierwszy użyłem siatki na twarz, mimo tego, iż wcześniej wzbudzała ona we mnie szczery śmiech. Ewakuacja z obozu była szybka tak, aby muchy nie zorientowały się, w którym kierunku jedziemy a i tak jakieś dwie trzy setki zdążyły załapać się na darmową przejażdżkę. Wróciliśmy na jeszcze jedną noc do Broome aby obejrzeć "staircase to the moon" czyli schody do księżyca. Zjawisko, które pojawia się dzień po pełni, kiedy światło księżyca odbija się w mokrej po odpływie plaży. Widzieliśmy tylko przez chwilę, bo przyszły chmury, ale i tak uważam, że gdyby mazurskim zachodom słońca dodać trochę marketingu to pewnie też by przyjeżdżali ludzie z całego świata, aby je oglądać.
Czas opuścić Broome i zacząć eksplorację Kimberley. Zapadła decyzja, że wybieramy wariant trudniejszy, czyli Gibb River Road. Legenda off-roadu 700 km trudnego, zakurzonego traktu, na którym wypadają plomby z zębów (i tu podziękowania dla sponsorów żadne nam nie wypadły) rozkręcają się samochody i rozpadają na części ciągnięte przyczepy. W naszym sprzęcie nie obyło się bez strat, ale o tym za chwilę.
Zjechaliśmy z wyasfaltowanego szlaku do królestwa kurzu i wertepów. Przejeżdżający raz na jakiś czas z przeciwka samochód wzbijał takie ilości kurzu, że trzeba było zatrzymywać się na kilka chwil, bo nie było widać drogi. Pierwszy, 140 kilometrowy odcinek poszedł sprawnie, dotarliśmy do prawdziwego campingu w buszu w miejscu o nazwie Windjana. Wieczorem nad naszymi głowami przeleciało stado kilkuset nietoperzy (fruit bats), które leciały na kolację na pobliskie drzewa owocowe. Noc była ciemna i mega gwiaździsta, w promieniu przynajmniej 150 km żadnej miejscowości i żadnych świateł, na campingu brak prądu w końcu to busz. Rano spotkanie z krokodylami. Z campingu prowadziła droga do pięknego kanionu, którego dnem spacerowaliśmy i w pewnym momencie po drugiej stronie rzeki zobaczyliśmy krokodyle. Wyraźnie miały przerwę w pożeraniu niemieckich turystów, bo leżały na brzegu rzeki z otwartymi paszczami chłodząc się lub grzejąc trudno powiedzieć. Dlaczego niemieckich turystów, bo po pierwsze jest ich zgodnie z panującą tu opinią za dużo w Australii, po drugie, bo wieczór wcześniej przeszkadzał im 15 minutowy płacz Karola o 6.30 wieczorem.
Idąc dalej ścieżką okazało się, że kolejne krokodyle leżą już po naszej stronie rzeki w bezpośredniej bliskości. Wykonaliśmy pamiątkowe fotki i zdecydowaliśmy wrócić z powrotem na camping. Druga część dnia to wizyta w Tunnel Creek. Ta pozioma jaskinia jest w części wypełniona wodą i całkowicie ciemna. Wrażenie było dość niesamowite, gdy wchodziliśmy do chłodnej wody w całkowitych ciemnościach i nie do końca byliśmy pewni czy tam coś nie mieszka. Chłopaki byli super odważni, kłócili się, który z nich ma trzymać latarkę i nie protestowali jak przenosiliśmy ich na rękach przez głębsze odcinki wody. Nasza tak zwana odwaga została nagrodzona dwukrotnie, w połowie tunelu była dziura wypełniająca jaskinię dziennym światłem i stanowiła ona schronienie dla setek nietoperzy, które zaniepokojone obecnością ludzi wydawały przedziwne dźwięki, krzyki, zawodzenia i latały prezentując wyjątkową sprawność lotniczą. Trzeba dodać, że gatunek nietoperzy zamieszkujących tą jaskinię różni się znacznie od naszych gacków, są nazywane flying fox, czyli latające lisy i tak też wyglądają.
Druga nagroda czekała nas na końcu tunelu, było to małe jeziorko z przejrzystą i ciepłą wodą, w którym zafundowaliśmy sobie relaksującą kąpiel.
Po tych bogatych we wrażenia pierwszych dniach pobytu w Kimberley jeszcze chętniej zagłębialiśmy się dalej w mniej odwiedzane tereny. Kolejna stacja to Charney River, ogromne rancho, na terenie, którego urządzono camping. Ze względu na odległość od "głównej drogi" 50 kilometrów byliśmy jednym z trzech samochodów goszczących tam. Australia to duży kontynent, więc rancha też są tu duże, Charney ma jakieś 100 kilometrów na 100 kilometrów. My przejechaliśmy przez jego tereny ok. 40 km do najbliższego jeziorka mijając po drodze ogromne stada krów. Poranną atrakcją tego campingu był miejscowy piesek, który zabrał naszego najmłodszego podróżnika Karola na spacer prze dżunglę. Na chwilę straciliśmy go z oczu i momentalnie zniknął. Podnieśliśmy alarm i po 20 minutach odnalazł się w korycie wyschniętej rzeki obserwując kangury, wcale niewystraszony tylko lekko zaniepokojony gdzie jest jego piesek.
Kolejną bazą było Manning Gorge, camping położony nad pięknym skalistym jeziorem, dowcipna pani na stacji benzynowej, (jednej z dwóch na Gibb River Road), która prowadziła również recepcję campingu położonego od stacji tylko 8 km poinformowała, że dopóki nie nadepniemy na żadnego krokodyla to nam nie zrobi krzywdy i będziemy mogli się spokojnie kąpać. Okazało się, że nie tylko niemieccy turyści uprzykrzają życie lokalesom. Pewna francuska turystka wybrała się ze swoim chłopakiem w góry do położonego o ponad godzinę trudnego marszu jeziora i wykonała tam skok do wody, po którym nie mogła się podnieść ani iści w drogę powrotną. Jej spanikowany chłopak wrócił na camping, aby sprowadzić pomoc. Przy wyżej wspomnianej stacji benzynowej był punkt opatrunkowy. Urzędująca tam pielęgniarka po przesłuchaniu chłopaka zdecydowała o zorganizowaniu akcji ściągnięcia dziewczyny z gór, czyli wydała chłopakowi nosze i powiedziała "you have to manage" czyli musisz sobie jakoś poradzić. Wiadomość szybko rozeszła się po campingu i dosłownie po paru minutach znalazło się 8 facetów gotowych wyruszyć w góry z akcją ratunkową (w tym moja skromna osoba). W drodze po ranną pobiliśmy rekord przejścia tej trasy. Powrót był już znacznie trudniejszy. Na szczęście ratowana była francuskich wymiarów, ale i tak wszyscy mieliśmy pełne ręce roboty. Trasa była ekstremalnie trudna idąc z noszami, dodatkowo z nieba lał się prawdziwy żar (samo południe i temperatura ponad 40 stopni). Po przebyciu trasy górskiej chora została załadowana na łódkę, wierni ratownicy płynęli obok, bo łódka była mała a następnie na dach samochodu, bo nosze nie mieściły się do żadnego.
Okazało się na szczęście, że uraz nie jest tak poważny i chora jeszcze tego samego wieczora wróciła na camping, co stało się zaczynem dla ogólnej imprezy. I tu zaczyna się nasze bujne życie towarzyskie. Poznaliśmy Roba i Evelyne i ich czwórkę dzieci. Okazało się później, że są świadkami Jechowy i bardzo chcieli nas zwerbować. W tym samym miejscu Ania przygruchała przystojnego Bruca wraz z rodziną, do których wprosiliśmy się na wieczór podróżniczych opowieści, ale jakoś było tak drętwo. O mazurskich wieczornych klimatach przy ognisku można było tylko pomarzyć (choć ognisko było).
Dalej przez Gibb River Road. Może teraz kilka słów dla miłośników motoryzacji. W drodze do Bell Gorge nasze auto zaczęło wydawać niepokojące dźwięki z tylnego mostu. Uzupełniłam olej w moście, niestety dalej wali. Odpinam tylni wał, jazda próbna tylko na przodzie jest Ok cicho, dalej jedziemy przednionapędową terenówką. Wszystko ok do wjazdu w pierwszą rzekę a raczej wyjazdu z niej. W dół poszło gładko, ale pod górę przednie koła uniosły się i zaczęły kopać doły w kamienistym szlaku. Cały zestaw tkwił głęboko w wodzie a przyczepa przy próbach cofania i atakowania ponownie stawała coraz bardziej w poprzek drogi. Po krótkiej analizie sytuacji musimy albo cofnąć cały zestaw do tyłu i zaatakować z większą prędkością, albo założyć z powrotem tylni wał i ryzykować całkowite rozwalenie tylnego mostu. W międzyczasie pojawia się lokalny turysta z wyciągarką i proponuje pomoc. Decydujemy zrobić jeszcze jedną próbę, jeśli nie pomoże wyjeżdżamy na wyciągarce miłego Australijczyka. Ostatnia próba okazuje się skuteczna, napędzone auto w połączeniu ze świetnymi oponami Good Year Wrangler MTR i wyjeżdżamy o własnych siłach. Podziękowanie dla kolegi lokalesa i ruszamy dalej.
Bush camping w Edenbrough w pełni zasługuje na to miano. Toaleta zbudowana pod baobabem, tak, aby w trakcie prysznica czy innych czynności można było podziwiać okolicę. Małżeństwo, które go prowadzi mieszka tu cały rok, co oznacza, że od października do maja są odcięci od świata, a dostawy środków potrzebnych do życia dostają drogą lotniczą. Ruszamy rano po zjedzeniu świeżo pieczonych bułeczek. Nic nie zapowiada trudności mogących spotkać nas na trasie. Zjeżdżamy z wysokiej góry w dół do wyschniętego potoku, aby dalej wspiąć się na strome wzgórze, jednak nasza przednionapędowa terenówka nie daje rady. Przednie koła unoszą się i zaczynają grzebać dziury w drodze zamiast wyciągać cały zestaw do góry. Przyczepa staje w poprzek drogi, nikt tu już nie przejedzie. Szybka decyzja trzeba założyć z powrotem tylni wał, aby wspiąć się w górę. Ania biegnie na szczyt wzgórza, aby zatrzymać ewentualnie nadjeżdżający samochód, a ja kładę się pod nasz, aby założyć tylni wał. To była dobra decyzja za jakieś 15 minut z dużą prędkością nadjeżdża samochód z przyczepą, Ania zatrzymuje ich na szczycie wzgórza. Gdyby nie to, wpadliby na nasz cały zestaw rozpostarty w poprzek drogi, dzieci w aucie a ja pod. Wał założony, z metalicznym stukiem wgrzebujemy się na górkę.
Kolejna stacja to Home Valey, kaprys bogatego inwestora, aby po środku niczego zbudować oazę z zacienionym campingiem. Pięknym basen i Dasty Bar z chłodnymi drinkami. Godziny spędzone w ciepłym basenie koją nasze skołatane nerwy. Totalnie zrelaksowani ruszamy do El Questro.
Kolejny kaprys dużego kapitału, tym razem fundusz inwestycyjny, który zbudował camping i wytyczył dojazd do najpiękniejszych miejsc regionu. Oprócz tego są apartamenty położone wysoko na klifie, do których przylatuje się helikopterem a potem szofer w liberii wiezie dobrym terenowym samochodem trudną trasą przez następne 40 km.
My pozostajemy przy wersji bush camping i tu nasze życie towarzyskie osiąga zenitu. Zapoznajemy przemiłych Anglików, w zasadzie ratujemy im angielski tyłek pożyczając kuchenkę do gotowania herbaty w zamian za to jesteśmy zaproszeni na próbowanie steku z kangura przyrządzonego w ognisku. W drugi wieczór ich niemiecka przyjaciółka przyrządza najlepsze spaghetti carbonara, jakie jadłem (juz nawet zaczyna mi być żal tych wszystkich Niemców pożartych przez krokodyle). Kolejny dzień zaczynamy od kąpieli w gorących źródłach ............. Panuje tu prawdziwie rajska atmosfera na tyle miła, że zapoznajemy kolejnych lokalesów, którzy zapraszają nas na rancho swoich znajomych w Kunanara. Eksplorujemy kilka tutejszych tras off road i następnego dnia ruszamy do Kunanara, aby uzupełnić zapasy, naprawić samochód, zmyć kurz.
Kunanara to małe miasteczko we wschodniej części Kimberley, część mieszkańców żyje z uprawy owoców i warzyw, pozostała z naprawiania, mycia i karmienia turystów przyjeżdżających tu po przejechaniu Gibb River Road. Znajdujemy warsztat, następnego dnia o 7 mechanicy zaczną coś dłubać przy aucie, uzupełniamy zapasy, które w kilku pozycjach osiągnęły stan zero i udajemy się na camping. Zaczynamy od zmywania kurzu, jest wszędzie w naszych ubraniach, kosmetykach, śpiworach i jedzeniu. Jak miło będzie położyć się do czystych łóżek. Auto stoi dwa dni w warsztacie, w tym czasie Antek porzuca rękawki i pływa w basenie jak ryba, skacze na główkę, nurkuje na dno, nie możemy uwierzyć ma chyba jakiś wrodzony talent do wody.
Samochód naprawiony i tu zaczyna się przygoda pod tytułem Katherine 500. Ruszamy rano z Kunanara w kierunku Katherine chcemy trochę podgonić stracony czas i przejechać ponad 500km. Po minięciu tablicy Katherine 500km jakieś moje przeczulone ucho samochodowe słyszy niepokojące dźwięki. Zatrzymujemy się, z samochodu leje się płyn chłodzący i kilka śrub w kołach jest niedokręcona, dodatkowo wymieniony most ma wyciek oleju. Wracamy do warsztatu, właściciel Rumun ogląda auto przeprasza, daje nam auto na czas naprawy i obiecuje, że za max 1, 5 godziny będzie gotowe. Zwiedzamy miejscowy plac zabaw (w tej materii jesteśmy już ekspertami). Auto zrobione, ruszamy ponownie, tablica Katherine 500km i ponownie mam wątpliwości czy auto jest porządnie naprawione, mam przeczucie, że nowy most ma inne przełożenia niż stary, co w aucie z napędem na 4 koła oznacza brak załączenia przedniego napędu bez rozwalenia skrzyni rozdzielczej. Zatrzymuję się, załączam przód, robie znaki na oponach, przejeżdżam około 20 metrów i okazuje się, że mam rację, przełożenia są różne, decyzja wracamy. Właściciel warsztatu nie był zachwycony, wyłuszczam problem, obiecuje pomóc, wracamy na camping. Ania z chłopakami na basen, ja do warsztatu. Szukamy mostu z właściwymi przełożeniami, najbliższy jest w Perth 5000 km. stąd, może dotrzeć na miejsce za jakiś tydzień. Decydujemy ruszyć w kierunku Darwin i tam odebrać most i we własnym zakresie go wymienić. Cały dzień stracony, nie ma sensu ruszać na noc, więc nocujemy i rano ruszamy, tym razem tablicę Katherine 500 mijamy odwracając głowy w drugą stronę i pędzimy dalej. Połykamy 500km bez większego problemu i dojeżdżamy do Katherine. Biwak na dziko nad rzeką w towarzystwie lokalnych, pierwszy raz widzimy Aborygenów i białych siedzących razem. Dookoła na drzewach setki naszych znajomych nietoperzy owocowych. Rano zakupy, czyli kilka miłych chwil w centrum handlowym, miłych, bo chłodnych. W środku 24 stopnie, na zewnątrz 40. Kolejny punkt programu Katherine Gorge.
Pozdrawiamy, ATAK
Relacja 3 - z Katherin do Adelaidy
Tu Wasi stali korespondenci z Antypodów!
Dwa miesiące za nami, zaczynamy odliczać ostatni miesiąc pobytu i obmyślamy plan na trzytygodniowy wypad na Nową Zelandię. Na razie po sprawdzeniu aktualnej prognozy pogody trochę przeraziły nas temperatury, bardziej zbliżone do tego, co w kraju niż tutejszych tropików.
Co wydarzyło się od ostatniej relacji?
Pogodziliśmy się już z faktem, że tutejsze krajobrazy zmieniają się bardzo rzadko, to znaczy raz na minimum 1000 przejechanych kilometrów. Jednak zmiana, która nastąpiła po minięciu Katherine była dość drastyczna. Wkroczyliśmy w krainę bujnej zieleni im dalej na północ tym jej więcej i tym bardziej intensywna. Pierwszy z przystanków po Katherine zrobiliśmy w parku narodowym Katherine Gorge. Popołudnie i wieczór upłynęły w iście relaksacyjnej atmosferze to znaczy słuchaliśmy koncertu miejscowego grajka siedząc w basenie, nawet trochę potańczyliśmy, oczywiście nie wychodząc z wody. Wieczorem nasz worek ze śmieciami zaatakowały kangury a w zasadzie wallabi krótko uche (przeczytaliśmy w jednej książce), zjadły wszystko, najbardziej smakował im papier po sardynkach w oleju. Trochę nam się ich zrobiło żal, więc podzieliliśmy się z nimi kilkoma marchewkami, na dowód wdzięczności przeniosły się całym stadem w pobliże naszego obozu i ułożyły się tam do snu. Uroczy widok, leżały jak psy pasterskie rozłożone wkoło naszej przyczepy.
Rano zaatakowaliśmy jedną z tutejszych tras, miało być krótko i lekko skończyło się ostrą wspinaczką (chłopaki dali radę) a potem długim marszem do obozu, ale widoki na rzekę Katherine w dole kanionu były urzekające.
Następny punkt programu do wodospady Edith. Ładne jezioro z niegroźnymi krokodylami słodkowodnymi i wodospadem na jego drugim brzegu. Popłynąłem tam, aby zobaczyć wodospad z bliska powiem szczerze czułem się nieswojo ze świadomością, że pływam trochę gorzej i wolniej od tych sympatycznych gadów. Szczęśliwie nie były mną zainteresowane i dopłynąłem cały z powrotem. Za to po wyjściu z wody nasze ulubione muchy przyleciały całym stadem, aby sprawdzić czy mamy czyste uszy. Towarzyszyły nam już cały czas i spowodowały, że następnego dnia zbieraliśmy się stamtąd w tempie ekspresowym ubrani w śmieszne maski na twarz. Kolejny punkt programu to Litchfield National Park, uważany przez miejscowych za najciekawszy park na terenie Northern Teritory.
Zanim ruszymy tam słów kilka o obowiązkach Ani podczas wyjazdu. Oczywiście podstawowe wiązały się z szeroko rozumianą opieką nad dziećmi od zwykłych kup, podawania jedzenie, picia w samochodzie, co jakieś 30 minut, obsługi samochodowej toalety, czyli sikania do kubeczka, co pół godziny, żeby nie tracić czasu na zatrzymywanie, zmienianie płyt z bajkami na DVD po mycie w misce lub pod turystycznym prysznicem, pranie ręczne, gotowanie zmywanie. Oczywiście w kilku z nich staram się pomagać. Są też obowiązki natury bardziej podróżniczej jak robienie zdjęć podczas jazdy i nie tylko oraz obsługa komputera z nawigacją i tu wkraczamy w dalszą część relacji z podróży. Ania, jako pokładowy nawigator wyznaczyła trasę wjazdu do Litchfield od jego południowego końca, droga dedykowana tylko dla samochodów 4wd, mimo braku pełnej sprawności napędów wjeżdżamy. Wąską ścieżka przez deszczowy las, mokro, tuż po deszczu, na drodze ogromne kałuże, im dalej tym bardziej dziko i niesamowicie, budowle termitów w kolorze prawie czarnym zbudowane idealnie z południa na północ, widziane z oddali przypominają trochę nagrobki (ze względu na kolor). Tak bujnej roślinności jeszcze tu nie widzieliśmy. Radość trwała krótko na drodze staje nam rzeka szerokości jakieś 50m głębokość nieznana, ze względu na krokodyle raczej nie do sprawdzenia. Ruszamy, samochód zanudza się coraz głębiej, koła powoli tracą trakcję, zatrzymujemy się i grzebiemy w miejscu, wreszcie pod spodem koła trafiają na twardszy grunt i powoli do przodu, ciężko, uf udało się, wyjeżdżamy z wody. Nasza determinacja została nagrodzona trafiamy do Surprise Falls (wodospady niespodzianka), miejsce iście rajskie ze skał spływa woda w temperaturze około 30 stopni, są małe je ziorka na trzech poziomach a między nimi wodospady i tylko my, potem pojawia się para lokalesów. Kapiemy się i ruszamy dalej, po drodze przekraczamy jeszcze dwie rzeki i docieramy do Wangi Falls, camping w buszu, piękne jezioro i dwa wysokie na 30 metrów wodospady. Rano wyruszamy na spacer przez deszczowy las, wilgotność ponad 90%, jest ciepło, ale nie upalnie ( godzina 8 rano) mimo to jesteśmy cali mokrzy, kropelki wody na twarzy, rękach.
Z Litchfield ruszamy do Darwin, poczuliśmy się tutaj nieswojo, czteropasmowa droga, z zaskoczenia atakuje nas skrzyżowanie bezkolizyjne, nie wiemy jak jechać, odzwyczailiśmy się od podejmowania tego typu decyzji. Miasto ładne, czyste, zadbane i bardzo bardzo duże, nie obrażając nikogo trochę większe niż Skierniewice, mimo to drugie tak duże miasto, jakie widzieliśmy w Australii. Lokujemy się na campingu, upał, basen, odpoczynek. Rano ruszamy w kierunku tzw. Wetland, czyli mokradeł. Dzień zaczynamy od zwiedzania parku Dam Fog, z powodu opadów deszczu ścieżka piesza zamknięta i panuje bezwzględny zakaz opuszczania samochodów ze względu na grasujące krokodyle. Jak japońska wycieczka przemierzamy park samochodem krokodyli nie widać za to jest mnóstwo ciekawych ptaków. Dalej ruszamy w kierunku Adelaide River tam wsiadamy na mała łódkę motorowa i płyniemy szukać krokodyli. Atrakcja tego rejsu polega na karmieniu krokodyli świeżym mięsem, podpływają blisko pod łódkę i wyskakują z wody łapiąc mięso, pytanie czy zachęcone nie wpakują się na pokład, aby spróbować czegoś bardziej świeżego. Jak powiedział jeden nasz australijski znajomy bezpiecznie można kapać się tam gdzie jest ktoś grubszy niż ty w razie ataku krokodyla na pewno będzie uciekał wolniej. Na pokładzie naszej łódki był jeden trochę grubszy Australijczyk, jesteśmy bezpieczni. Kończymy karmienie jedziemy dalej do Corobore Bilabong, są to rozlewiska rzeki Marry River, gdzie wsiadamy na kolejną łódź i płyniemy przez rozlewiska, takiej różnorodności ptaków i roślinności chyba jeszcze nigdy nie widzieliśmy, towarzyszą nam tez krokodyle zarówno te słodko jak i słonowodne (najbardziej niebezpieczne) robimy setki zdjęć, bo widoki są wprost niesamowite, wpływamy w gąszcz kwitnących lotosów, próbujemy jak smakują ich owoce, obserwujemy orły, jesus bird, i całe mnóstwo innych przedziwnych, kolorowych stworzeń. Zauroczeni wysiadamy z łódki postanawiamy noc spędzić przy przystani, miejscowy przewodnik prosi nas abyśmy nie zbliżali się do wody, ze względu na krokodyle, które mogą do 2 godzin czekać na ofiarę zanudzone pod wodą tuż przy brzegu. Nie ryzykujemy i rozbijamy obóz w bezpiecznej odległości 50m od wody jest miło, dookoła skaczą kangury nic nie zapowiada tego, co nastąpi za jakieś 20 minut. Słońce zachodzi nagle pojawiają się miliony komarów, uciekamy do przyczepy, ale tutaj tez są, zaklejamy wszelkie możliwe dziury próbujemy spać, ale mamy wrażenie, że w środku jest ich całkiem sporo, zapalamy światło i mamy lekcję biologii na temat rodzajów komarów zamieszkujących północną Australię, są małe i duże, jasne i ciemne, mają długie i krótkie trąbki, generalnie są ich setki w środku i tysiące na zewnątrz, moskitiera jest czarna niestety z obu stron. Tej nocy nie spaliśmy wcale, rano uciekamy z mokradeł i zatrzymujemy się w "window on the wetland" (okno na mokradła) doskonale zorganizowany ośrodek informacyjny z całym mnóstwem interaktywnych ekspozycji, Antek jest zauroczony ogląda dokładnie wszystkie ekspozycje, Karol kilkakrotnie układa wielkie puzzle na ścianie pokazujące, jakie zwierzęta zamieszkują tą okolice, do tego jest przyjemnie, chłodno, klima, więc wcale nam się nie chce wracać do auta. Sprawdzamy stan dróg po ostatnich deszczach, okazuje się, że wszystkie drogi 4wd w okolicznym parku Kakadu są zamknięte, czyli niedostępne są najciekawsze części parku, zarządzamy powrót do Darwin. Znajdujemy miły camping z basenem chłopaki się kąpią jak zwykle. Okazuje się, że nie tylko my mamy problemy z autem, na campingu siedzi od trzech tygodni pewien sympatyczny Anglik, który czeka na nowa skrzynię automatyczną do swojego Landcruisera. Spotykamy tam też miłą Amerykankę polskiego pochodzenia z jej chłopakiem Szwajcarem. Po południu odbieram z magazynu kuriera TNT nową przekładnię tylnego mostu i dokupuje przednie łożyska, które w międzyczasie okazały oznaki zużycia. Rano wymiana łożysk i pędzimy do Katherine, na nasz parking z nietoperzami, po raz pierwszy od 2 miesięcy na południe, teraz biedzie juz tak przez dłuższa chwilę. Katherine, które w drodze na północ zrobiło na nas dobre wrażenie pokazuje nam inna twarz, po 17 do miejscowego centrum handlowego wkracza grupa Aborygenów w stanie wskazującym, centrum pustoszeje, biali szybko uciekają do domów a tzw. autochtoni przejmują kontrole nad obiektem, czyli łażą wszędzie krzyczą, siadają na podłodze itd. Zmywamy się stamtąd, czym prędzej i wracamy na nietoperzowy parking. Rano czeka mnie poważny remont auta, zaczynam wczesanie, aby skończyć przed największym upałem, na szczęście pojawia się znajomy Australijczyk Rob i wspólnie idzie znacznie sprawniej, po 4 godzinach auto naprawione tzn. wymieniony cały mechanizm tylnego dyferencjału, jazda próbna jest ok przełożenia właściwe, możemy ruszać dalej. Żegnamy się z Robem pewnie się już nie zobaczymy i jedziemy do odległej o 100km Mataranki a tam wspaniałe gorące źródła, przyjemna kąpiel, potem na camping, przy którym są kolejne źródła, wieczorem sympatyczny, ciepły deszczyk a rano przed podróżą kolejna orzeźwiająca kąpiel. Przed nami prawdziwy outback, czyli droga przez środek kontynentu z północy na południe 3000km a po grodze tylko jedno większe miasto Alice Springs, które jest celem naszej podróży. Ruszamy z Mataranka kilometry, umykają szybko, bo raz ustalona prędkość 90km/h pozostaje niezmieniona przez 3-4 godziny. Ruch jest intensywny 1 samochód na godzinę jazdy, z nieba leje się żar a dookoła pustka. Postanawiamy podgonić trochę jechać nocą, droga ma szerokie pobocza, zapalam wszystkie możliwe światła jest jasno jak w dzień i pędzimy, po drodze mijam może ze dwie ciężarówki, które podobnie jak my chcą nadgonić parę kilometrów. Włączam cb radio może, choć pogadać się z kimś da, bo na tylnym siedzeniu wszyscy śpią, totalna cisza. Po drodze ze dwa stada krów na poboczu i parę kangurów, na szczęście z daleka od drogi. Mamy chyba rekord dziennego przebiegu, zatrzymuję się na parkingu 150km od Alice, jest 2 nad ranem i pustynny chłód, za oknem 10 stopni, trudno uwierzyć, że w dzień będzie znowu 40. Nazajutrz dojeżdżamy do Alice, zaskoczeni wielkością i tzw. poziomem cywilizacyjnym tego miasta. Przegląd campingów wybieramy najdogodniejszy, chłopaki na basen a po południu w miasto, dwa centra handlowe, kilka galerii, deptak z knajpami, sympatycznie, na ulicach sporo naszych znajomych Aborygenów, niestety większość pod wpływem, może ich wysłać do Polski na odwyk a bogate państwo Australijskie za to zapłaci i będzie miało ich z głowy a u nas będą jeździli po szkołach jako przestroga - tak będziesz wyglądał jak będziesz nadużywał.
Alice to miły przystanek i jak zwykle zaprzyjaźniamy się z turystyczną bracią, do tego stopnia, że jeden Nowozelandczyk podarowuje nam swój namiot, który zamierzamy użyć w jego ojczystym kraju. Z uzupełnionymi zapasami, zatankowani i dodatkowo wyposażeni ruszamy na podbój ikon Australijskiej turystyki, czyli Ulururu i Ayers Rock, zanim jednak tam dotrzemy po drodze mamy West Macdonalds Ranges i Kings Canyon. To pierwsze to kilka bardzo sympatycznych miejsc w górach z wodospadami, małymi kanionami oraz jeziorami, w których można się kapać, ale woda to już niegorące źródła, jakieś 20 stopni po prostu mróz. Zatrzymujemy się na kolejnym bush campingu w nocy nasz obóz odwiedza dingo, wygląda jakby, co noc patrolował ten teren, przechodzi blisko naszego obozu udaje się w okolice barbecue i ginie w ciemnościach. Rano ruszamy na wyprawę w góry, wspinamy się do punktu widokowego, z którego podziwiamy piękny widok na kanion, trasa jest dalej zamknięta ze względu na ostatnio intensywnie padające deszcze. Zwijamy obóz i jedziemy w kierunku Kings Canyon. Zapowiadało się na miła wycieczkę tym czasem droga po ostatnio bardzo intensywnie padających tu deszczach okazała się wyjątkowo trudna i nieprzyjemna. Około 200km po dziurach, koleinach i głębokich wyrwach wypłukanych przez wodę. W wyniku kilku awaryjnych hamowań i dziur nasz domek zaczął zmieniać wymiary, popękały śruby i nity mocujące górną części przyczepy. Na szczęście na tyle, że możemy dalej jechać. W okolicach Kings Canyon rozglądamy się za bush-campingiem, ale tu panuje juz tylko komercja, jest elegancki turystyczny resort z ekstremalnie drogim karawan parkiem, rezygnujemy i jedziemy pod kanion, po drodze obiadek w towarzystwie milionów much i w piekielnym upale. Ja mam juz dość chcę do centrum handlowego, bo tam chłodno i bez much, niestety w promieniu 300km nie ma żadnego. Idziemy oglądać kanion to trochę poprawia nasze nadszarpnięte nerwy. Jest rzeczywiście piękny, do tego nadchodzi burza i pojawia się tęcza. Ruszamy dalej, po drodze trudno o parking, na którym można by się przespać, wreszcie znajdujemy jakiś i rozbijamy obóz. Rano wokoło chmury, które wróżą deszcz, zniesmaczeni komercjalizacją tutejszych cudów natury, odpuszczamy sobie ikony australijskich krajobrazów, czyli Ulururu i Ayers Rock i ruszamy w dół w kierunku Cooper Pedy. Wracamy na główny highway północ południe i pędzimy przez tzw. nic, setki kilometrów. Co jakieś 200-300km mała stacja benzynowa z barem i motelem, na parkingu ogromne trucki, błyszczące chromem, z potężnymi rurami chroniącymi przed zderzeniem z kangurem czy krową, ciągną za sobą nawet cztery przyczepy. Przystajemy na chwilę na odpoczynek i jedzenie i dalej. Krótka rozmowa z kierowcą trucka, jedziesz dale? Tak, to uważaj, bo krowy na drodze good luck. Jeżeli ktoś nie zna znaczenia słowa pustka powinien pokonać ten odcinek trasy, po drodze nie ma nic, absolutnie nic na przestrzeni kilkuset kilometrów, widać jak widnokrąg zakrzywia się na końcach, dookoła tylko pusty step, gdzieniegdzie porośnięty trawą. Kolejne kilkaset kilometrów za nami pora na postój, zjeżdżamy na parking, mamy towarzystwo dwóch przyczep campingowych, ale wszyscy siedzą w środku, mamy najlepsze światło do zdjęć, pstrykamy fotki pustyni o zachodzie słońca, za chwilę poznajemy przyczynę wyludnienia parkingu, atakują nas tysiące komarów, skąd one się tu wzięły, przecież tu nie ma żadnej wody, ani wystarczającej ilości pożywienia. Świt z palącym słońcem nie daje pospać, komary nadal na posterunku okupują zewnętrzną stronę moskitiery, wstajemy i witają nas ulubione muchy, są ich też tysiące, lecą za nami cała drogę i znowu sprawdzają czy wydmuchaliśmy nos, umyliśmy zęby nie mówiąc o uszach.
Śniadanko w tempie ekspresowym przed nami światowa stolica opalu Coober Pedy. Miasto, jak z czasów gorączki złota, na wprędce sklecone domy po środku pustyni, prawie zero zieleni, ale za to spora część miasta znajduje się pod ziemią, zaczynamy od zwiedzenia podziemnej księgarni, potem, hotel, bar, kościół, na końcu jest nawet camping, ale można w nim pod ziemią rozbić tylko namiot. Odwiedzamy miejscowy supermarket, przypomina GS z czasów PRL-u. W monopolowym wino w naszych ulubionych kartonikach sprzedają dopiero po 15.00 tak źle to nawet u nas nigdy nie było, ale ilość pijanych Aborygenów na ulicy wszystko tłumaczy. Na koniec wjeżdżamy jeszcze na najwyższy punkt miasta, aby podziwiać "piękna" panoramę i instalację wątpliwej, jakości sztuki nowoczesnej, bardziej przypominającej złomowisko. Nie jest tu na tyle miło, aby zostawać na noc ruszamy dalej w kierunku Porta Augusta, ostatnie miasto na szlaku północ południe leżące już nad Oceanem Południowym a w zasadzie nad zatoką wchodzącą głęboko w ląd. Przemierzamy kolejne kilkaset kilometrów i śpimy na parkingu. Porta Augusta robi dość dobre wrażenie, szybkie zakupy spacer nad zatoką i decydujemy zrobić ostatni dłuższy skok do Adelajdy, aby tam odpocząć trochę dłużej. Krajobraz zmienia się diametralnie, pola, łąki, łagodne wzgórza, wszędzie zielono ani śladu pustyni, outbacku szkoda! Dojeżdżamy resztkami sił do Adelajdy jest camping nad oceanem, ale recepcja nieczynna, zaczepiony na campingu facet okazuje się Ślązakiem, który wyjechał z Polski 40 lat temu, języka całkiem nie zapomniał i po polsku tłumaczy nam, że obok jest parking, na którym możemy spędzić noc a rano zameldować się na campingu, ruszamy na spacer plaża, chłodno i spać, rano na camping, znowu pranie, odpoczynek po trudach długiej jazdy. Ze spaceru na okoliczny plac zabaw Ania wraca z zapoznaną Polką Basią i jej 15 miesięczna córeczką Natalią, mieszkają tu na stałe. Jesteśmy zaproszeni na wieczór na kurczaka z rożna. W dzień zaczyna padać i robi się się zimno. Wieczór u rodaków Polaków super miły nie ma jak polska gościnność. Basi facet Leszek proponuje abyśmy przeprowadzili się do Basi na kilka dni, bo jest załamanie pogody i będzie padało przez kilka dni. Rano meldujemy się u nich z całym cygańskim obozem, są przerażeni, ale tylko trochę, instalujemy przyczepę w ogródku i z życiem przenosimy się do domu Basi. Jest super miło, ciepło i nie pada na głowę. Leszek pokazuje mi jak wygląda życie Polaków w Australii na tzw. koszt podatników, pozazdrościć. Wprowadza mnie również trochę w środowisko polonii. Ciekawe doświadczenia i bardzo miły, wspólnie spędzony czas. Pora jednak jechać dalej, ruszamy razem do odległej o 70 km uroczej miejscowości Victor Harbour, spacerujemy po okolicy, wypijamy pożegnalne piwko, zjadamy rybkę w barze i rozstajemy się. Szkoda, bo było bardzo miło. Pogoda nadal marna deszcz i temperatury 10-12 stopni. Ruszamy w kierunku Melbourne.
Wysyłam tyle, bo więcej chyba nikt nie da rady przeczytać na raz, ale obiecuję, że ciąg dalszy nastąpi.
Pozdrawiamy, ATAK
Relacja 4 - z Adelaidy do Sydney
To będzie ostatnia relacja z Australii. Nasz pobyt tutaj dobiega końca. Cała dzikość i oderwanie od cywilizacji zostały daleko w outbacku teraz krajobrazy rodem z Włoch a czasami trochę z Wielkiej Brytanii, zielone doliny porośnięte winnicami, piękny błękitny ocean, co kawałek mała miejscowość pełno ludzi wokoło. Na trasie mamy kolejną wizytówkę Australii, czyli Great Ocean Road, trasa wiodąca wzdłuż oceanu i usłana przepięknymi widokami formacji skalnych oblewanych potężnymi falami. Zanim tam jednak dotarliśmy, odwiedzamy kolonię fok zamieszkująca półwysep Cape Bridgewater z wysokim klifami pięknymi widokami. Aby dotrzeć do fok trzeba wspiąć się na klif i dalej przejść wzdłuż wybrzeża aż do miejsca, z którego można podziwiać te fajne zwierzaki. Ruszamy wszyscy, ale Karol na początku odmawia posłuszeństwa to znaczy ani nie chce iść ani być niesionym na barana. Dalej idziemy tylko z Antkiem po drodze zdobywamy najwyższy klif w stanie Victoria (zgodnie z napisem na tablicy), widoki niesamowite. Zielona łąka z owcami kończy się nagle 100 metrowym urwiskiem a w dole pieni się ocean. Dochodzimy do platformy widokowej podziwiamy foki, zdjęcia i musimy wracać, bo wiatr jak u nas nad Bałtykiem przeszywa do kości. Obok jeszcze jedno miejsce, w którym spotykające się fale tworzą swoiste gejzery wytryskujące w powietrze na 15-20 metrów a wokoło na ladzie znak cywilizacji elektrownie wiatrowe. Opuszczamy to przyjemne miejsce i jedziemy w kierunku Great Ocean Road. Nie udaje się dojechać na zachód słońca, aby sfotografować 12 Apostołów (najsłynniejsza formacja skalna w okolicy). Śpimy na parkingu a rano po kolej zatrzymujemy się przy wszystkich atrakcjach tej trasy, zdjęcia i do następnej. Dojeżdżamy do 12 Apostołów duży parking i ludzie z całego świata, pogoda do zdjęć dobra, słońce trochę atrakcyjnych chmur, które przez filtr polaryzacyjny nabierają niesamowitej wyrazistości. Antek w krzakach wypatrzył małego węża, jest dumny z siebie, przyglądamy mu się uważnie, jest mały, ale wygląda groźnie. Ruszamy na sesję fotograficzną, w ruch idą oba obiektywy i lampa, zdjęcia chyba ładne oceńcie sami. Jedziemy dalej wzdłuż wybrzeża, mijamy leniwe turystyczne miejscowości, coraz więcej ładnych domów i dobrych samochód, bliskość wielkiego miasta Melbourne. Postanawiamy dojechać do Melbourne przespać się gdzieś po drodze i rano ruszyć na zwiedzanie. Rano wjeżdżamy do Melbourne z zamiarem znalezienia campingu i zatrzymania się w tym ciekawym mieście. Pierwszy raz w Australii jesteśmy rozczarowani przygotowaniem miasta dla turystów campingowych. Do tej pory jechaliśmy jak po sznurku wszystko było doskonale oznaczone, opisane, w każdej większej miejscowości biuro informacji turystycznej, mnóstwo informacji i materiałów drukowanych a tu stolica stanu metropolia i nic, żadnej informacji. Ładujemy się do centrum miasta wjeżdżamy w tunel, okazuje się płatny, ale nie można za niego zapłacić od razu tylko w Internecie (koszt 20USD) to chyba najmarniejszy biznes, jaki tu zrobiliśmy 6 km tunelu nic nie widać i 20 dolców poszło... Po przebiciu się przez korki i podziwianiu różnorodnej architektury tego miasta, nowoczesność a obok wiktoriańskie budynki, dalej trochę wpływów chińskich a po środku city z drapaczami chmur. Znajdujemy camping, po drodze chłopaki załatwiają po kupie na nocnik na środku chodnika, cóż to urok podróżowania z dziećmi. Camping oporowo drogi 70 dolarów, odpuszczamy, jedziemy dalej. Z Melbourne odbijamy w kierunku lądu, aby zwiedzić stolicę (Canberra) i choć trochę zahaczyć o ślady naszego podróżnika Strzeleckiego. Trafiamy do gościnnej mieściny Benalla, akurat w czasie kilkudniowego festynu. Rozbijamy obóz na terenie ośrodka sportowego w towarzystwie konia i jego pana, którzy cygańskim wozem wożą miejscowych w ramach festynowej atrakcji. Wieczorem jest kilka koncertów i piękny pokaz sztucznych ogni z mostem w roli głównej, bo to jego setne urodziny. Rano uczestniczymy dalej w pikniku, próbujemy ciast pieczonych przez lokalne gospodynie, to nie to, co u nas, ale zawsze coś słodkiego i za free. Pora jechać dalej, powrót na autostradę pojawiają się kierunkowskazy na Sydney jakieś 500km, to zwiastuje kres naszej włóczęgi. Żeby ją jeszcze trochę przedłużyć zjeżdżamy z autostrady w kierunku gór (Snowy Mountains) i miłego polskiego akcentu, czyli parku narodowego imienia Kościuszki, niestety pisanego bez "z", było oficjalne zarządzanie, że można pisać bez, „z” bo i tak żaden Australijczyk nie potrafi tego wymówić. Droga wije się pomiędzy zalesionymi pagórkami, na podjazdach silnik rzęzi ostatkiem sił (gdzieś już to było), czasami muszę wbijać jedynkę i powoli do góry. Znajdujemy parking z pięknym widokiem na góry, co prawda przy drodze, ale mato swój urok, możemy podziwiać ogromne ciężarówki wspinające się na góry a większość kierowców macha nam przyjacielsko. Niektórzy nawet na widok Ani w piżamie używają swoich melodyjnych trąbek. Jest miło, ciepło, ale nie upalnie, brak owadów, niebo pełne gwiazd, dzieci śpią dawno juz nie pamiętam takiego błogostanu, nagle na stole coś się porusza, Ania odskakuje z krzykiem, mamy gościa, pająk wielkości dłoni zwabiony światłem komputera postanawia przyjrzeć mu się z bliska. Nie jest miłym gościem musimy go wyprosić, siedzimy dalej, ale błogostan jakby mniejszy. W planach nie mieliśmy zdobywania góry Kościuszki, która jest najwyższym szczytem Australii (taki trochę większy Giewont, nieco ponad 2000m), ale rozejrzymy się trochę w niższej części parku. Jako wytrawni znawcy tematu ruszamy do informacji turystycznej w pobliskim Tumut. Jak już wcześniej pisałem te biura powalają swoim poziomem, zawsze jest chłodno (klima) jest super czysta toaleta, (bo czysta jest tu wszędzie nawet w buszu), są ciekawe ekspozycje, miliony drukowanych materiałów i naokół miła obsługa. Udzielamy Pani w biurze, krótkiej lekcji polskiego, czyli jak poprawnie wymawiać nazwiska wielkich Polaków, chyba na niewiele się to zda, bo w Australii dąży się do tego, aby wszystko było proste, więc można nawet usunąć "z" z nazwiska i wymawiać po swojemu, gdyby Strzelecki o tym wiedział może nadal by górze jakąś prostszą nazwę. I tak jest to miły patriotyczny element naszej podróży, bo odkrycia naszego wielkiego podróżnika są objęte programem nauki w szkole podstawowej, dzięki temu przeciętnie wykształcony tubylec słyszał o Polsce. Chyba juz tęsknię za krajem, bo poziom patriotyzmu znacznie mi wzrósł.
Zwiedzamy okoliczne jezioro (trochę przypomina Solinę) burzowa pogoda wypędza nas dalej w drogę, docieramy do miłego parkingu u podnóża gigantycznej zapory wodnej, która z powodu ostatnich intensywnych opadów jest w trakcie remontu. Mimo to spędzamy tu noc, aby nazajutrz zobaczyć bardzo dziwny twór miejski, jakim jest Canberra, stolica Australii. Miasto założone w latach 20tych 20 wieku stał się siedzibą najwyższych władz Australii chyba trochę przez przypadek, aby rozsadzić spór, kto piękniejszy Melbourne czy Sydney zdecydowano stolicę umieścić w mieście wielkości Nowego Sącza. Ciekawe jak by to było w Polsce gdyby w wyniku rywalizacji Krakowa i Warszawy o status najważniejszego miasta umieścić stolicę w Nowym Sączu.
Canberra jednak w pełni zasługuje na miano stolicy, jest położona w okolicy pięknych gór, centralnym punktem miasta jest wzgórze, na którym znajduje się budynek parlamentu, dookoła jest mnóstwo budynków, z których bije powaga australijskiego rządu. Całe miasto to w zasadzie władze Australii i wszystko, co służy aby funkcjonowały prawidłowo. Panuje tu ogromny spokój i powaga, nie ma gwaru dużego miasta, korków, jest dostojnie i spokojnie. Robimy kilka kółek przez miasto i ruszamy w kierunku Sydney. Pełni obaw po ostatnich nie najlepszych doświadczeniach z Melbourne. Docieramy do wybrzeża Morza Tasmana i wzdłuż niego zbliżamy się do największej metropolii antypodów. Nocujemy na miłym campingu w Batemans Bay, czuć australijski luz, wszyscy chodzą na bosaka i są mocno wyluzowani na tyle, że pan przed nami na stacji benzynowej kazał sobie czekać 15 minut na zwolnienie dystrybutora, musiał sobie pogadać z panią na stacji a potem z robotnikami na pobliskiej budowie. Nie trąbimy spokojnie czekamy na swoją kolej. Przyjemny camping w nocy pobliska latarnia morska świeci na w rytmie 4 na osiem 4 błyski 8 sekund przerwy i znowu cztery błyski i tak przez cała noc. Sydney coraz bliżej, czyli koniec australijskiej przygody. Nazajutrz wjeżdżamy do miasta i przez przypadek śladami kapitana Jamese Cooka trafiamy na półwysep Kurnell, który był drugim miejscem na wybrzeżu Terra Australis Incognita, w którym Endavour dowodzony przez Cooka rzucił kotwicę było to w kwietniu 1770 roku. To, co zastaliśmy na półwyspie Kurnell było zgoła inne od obrazu sprzed 240 lat, ogromny ruch, gęsta zabudowa, mnóstwo apartamentowców i hoteli i ani śladu campingu czy jakiejś miłej dzikiej plaży. Przebijamy się przez gęstwinę metropolii i trafiamy do obozu dla uchodźców Sheralee Caravan Park tuz przy samym lotnisku i niedaleko od morza. Camping rzeczywiście przypomina obóz dla uchodźców jest kilka grup rezydentów: koniec podróży po Australii jedna noc czyszczenie wypożyczonego samochodu, rozdawanie resztek żywności pozostałym mieszkańcom obozu, i rano na lotnisko, kolejna grupa to posiadacze samochodów, czyszczenie, picowanie potem na Kings Cross Market żeby sprzedać, jak się nie uda kolejnego dnia to samo a potem oczekiwanie na chętnych z internetu czasami kilka dni, czasami kilkanaście, kolejni to pracownicy sezonowi, dla których to najtańszy sposób zakwaterowania i dobra lokalizacja pakowanie, wreszcie są stali rezydenci, którzy mają tu dobrze zainstalowane przyczepy campingowe czy małe domki. Na wjeździe jest dziadek emeryt, który kontroluje, aby nikt obcy się tu nie panoszył, raz przesłuchał Anię dokładnie na okoliczność, co tu robi, potem bardzo polubił chłopaków i częstował ich ciastkami z jabłkiem i cynamonem a na koniec dał im wyprawkę na podróż pomarańcze, ciastka, banany, miło. Jest kuchnia z karaluchami i sala telewizyjna, która skupia życie towarzyskie. Tutaj udaje nam się sprzedać nasz domek, pewien Chińczyk zakupił go od nas, pewnie będzie w nim teraz mieszkało 18 jego krewnych, ale najważniejsze, że jeden problem mamy z głowy. Przeprowadzamy się do namiotu otrzymanego od Nowozelandczyka w Alice Springs, wyposażenie uzupełniamy sprzętem pozostawionym na campingu przez innych turystów, dziurawy materac, pompka itd. generalnie standard życia spadł nam drastycznie.
Głównym plusem naszego tutaj pobytu jest poznanie Carmen Jose i Daniela, rodziny Hiszpanów, którzy tak jak my kończą tu swoja podróż po Australii i udają się na Nową Zelandię. Nie wiem czy to kwestia genów czy pochodzenia, ale chemia miedzy nami zadziałała bardzo pozytywnie, zaprzyjaźniamy się bardzo szybko, spędzamy kilka wspólnych wieczorów, gotujemy razem i opowiadamy historie z podróży, jest dużo śmiechu i pysznego jedzenia. O dziwo podobnie jest w przypadku Antka i Daniela, są w tym samym wieku, doskonale się dogadują, Antek powala nas swoją znajomością angielskiego, grunt to dobra motywacja. Karol jest trochę biedny, bo jest za mały na zabawy starszego brata i jego kolegi. Hiszpanie wyjeżdżają dwa dni przed nami, żal się z nimi żegnać, ale jest nadzieja na spotkanie na Nowej Zelandii. Nie udaje się sprzedać samochodu, co oznacza, że to jeszcze nie koniec australijskiej przygody przynajmniej dla mnie. Robimy kilka wycieczek do miasta samochodem i komunikacją miejską (włączając w to promy pływające po Port Jackson) i czas lecieć na Nową Zelandię. Ja ruszam pierwszy żeby odebrać samochód, Ania z chłopakami dołącza następnego dnia.
Pora na małe podsumowanie: 16.000 kilometrów, 3, 5 miesiąca, trzy strefy czasowe, trzy strefy klimatyczne, mnóstwo wrażeń, kontaktów z ludźmi, niesamowita różnorodność krajobrazów, dużo prostych wyzwań w postaci zabezpieczenia wody, jedzenia, paliwa, środków transportu, chłopcy przeżyli bez szwanku, żadnych złych przygód z robakami, wężami, żadnych chorób, urośli i wydorośleli, trochę niestety zdziczeli, nie będzie łatwo to naprostować po powrocie, ekstremalne upały, ulewne deszcze, super chłodne i super upalne noce, owady jakich wcześniej nie znaliśmy, tysiące zdjęć, które jak zwykle będą jedynym namacalnym dowodem, że tam byliśmy, kraj dla podróżników nie dla turystów, czy wrócimy tu? Może kiedyś, jest jeszcze trochę nieprzejechanych dróg, kawał pustyni do zwiedzenia i całe wschodnie wybrzeże od Sydney na północ...
Przepraszam za opóźnienie, ale taki byłem zarobiony ostatnio, że nie miałem czasu dokończyć mojej relacji. Jeśli macie jeszcze siłę czytać dalej to powrócę z opisem i zdjęciami z Nowej Zelandii wkrótce....
Pozdrawiam,ATAK
Miała być na doczepkę, bo jak się już jest tak blisko to, dlaczego nie wpaść na chwilę, tym bardziej, że lata intensywnego latania Ani dały kapitał w postaci mil i dostaliśmy cztery bilety premiowe za symboliczne kilkaset złotych. Jak się później okazało nie był to najlepszy ruch. W trakcie pobytu w Australii zaczęliśmy opracowywać dokładny plan na Nową Zelandię i okazało się, że lot do Wellington to najgorszy pomysł z możliwych, żadna z dużych wypożyczalni campervanów nie ma tam biura, aby zwiedzić obie wyspy trzeba dwa razy przepłyną promem itd. Niestety pierwsza próba zmiany biletów zakończyła się fiaskiem, koń darowany mniejsza o zęby. Znajdujemy dobry deal na auto w Christchurch na wyspie południowej z możliwością zwrotu w Auckland na wyspie północnej, powstaje plan ja lecę naszymi ulubionymi Emiratami, odbieram samochód, jadę do Picton (terminal promowy na wyspie południowej) i tam czekam na Anie z chłopcami, która dolatuje do Wellington stamtąd 3 godziny prom, spotykamy się i ruszamy na podbój zielonych wysp. Podejście do tej części naszej podróży zgoła inne, żadnego offroadu, kurzu, upałów, dlatego nasz pojazd to nowiutki Volkswagen transporter z podnoszonym dachem, jedno podwójne spanie na górze, jedno na dole, mocny silnik, automatyczna skrzynia, klima, lodówka z zamrażarką! Kuchenka zlew, mnóstwo szafek zbiorniki na wodę itd. itp. do tego pani przewodnik zam knięta w małym pudełeczku na szybie, która puszcza nam muzykę w czasie jazdy, a jak na podstawie wbudowanego gps-a zorientuje się, że jest coś ciekawego po drodze to krzyczy patrzcie jak tu k... pięknie, żartuję oczywiście wyraża się elegancko po angielsku.
Lot Sydney Christchurch na pokładzie Emiratów, dobre jedzonko i miła obsługa, na lotnisku czeka pani z wypożyczalni i zawozi mnie do biura. Nie do końca było tak pięknie, bo po drodze musiałem przejść kontrolę sanitarną, musiałem zadeklarować, że mam w plecaku buty trekingowe oraz pianki do nurkowania. Kiedy zbliżyłem się do stolika pani z kontroli sanitarnej spojrzała na mnie nieufnie, chyba nie wyglądałem na zbyt higienicznego, za długie włosy, dawno nie golony zarost i lekko spłowiałe przykurzone ciuchy, do tego nie elegancka walizka tylko duży czarny żeglarski worek. Pani grzecznie poprosiła o pokazanie butów, z worka wysypało się kilka par .jpg) .jpg) butów, bo tak się umówiliśmy z Anią, żeby ona z dziećmi przeszła sprawnie przez odprawę ja zabrałem wszystkie nasze buty, dwie pary kaloszy, dwie pary trekingowych, nocnik i całe mnóstwo innych mniejszych i większych rzeczy. Pani higienistka była mocno zdegustowana i kazała mi wysypać na stół całą zawartości worka. Szkoda, że nie widzieliście jej miny, gdy na jej super higieniczny stół wysypały się rzeczone buty, pianki, plątaniny kabli, ładowarek do telefonów, trzy noże, trochę piachu i całe mnóstwo innych dziwnych rzeczy, których samotnie podróżując przeciętny tur.jpg) ysta na pewno tu nie przywozi. Zachowała jednak angielską zimną krew i z zaciśniętymi ustami zaczęła oglądać rzecz po rzeczy i wyjmować z nich resztki traw, ziemi i piasku. Na koniec przez zaciśnięte zęby powiedziała, że do tak małego kraju jak Nowa Zelandia trzeba przywozić czyste rzeczy.
Dalej było już z górki, odbieram samochód, małe zakupy i jadę w kierunku Picton 350km na północ po Anie i chłopaków, nie musze się śpieszyć, bo będą dopiero pojutrze po południu. Pierwszy kontakt z NZ jest powalający, wszędzie bujna zieleń, wzgórza, doliny, owce, krowy, szmaragdowe morze i czysto, przerażająco czysto, czyste jest wszystko, droga, parkingi, powietrze, pola, domy i ogródki. Siąpi lekki deszczyk, więc zieleń jest jeszcze bardziej intensywna.............................................cdn
 |